Nadszedł
następny dzień, jest jasno. Leże twarzą do ściany i nie mam zamiaru się
odwracać. Chce mi się płakać, bo straciłem swoją wolność. Nie widzę w tym
miejscu mojej szarości, nie dostaje spokoju, nie czuje się samotny, to mnie
boli. Nic. Chce mi się lać, muszę iść do kibla.
-Nie
odpuścisz mi co? Musisz nawet obserwować to jak śpię?
-Strasznie
się rzucałeś w nocy. Krzyczałeś imię jakiejś kobiety, wyzywałeś ją od ździr.
Ponoć ci ukradła cały majątek. Bałam się, dlatego siedzę tak tu przy tobie
jakiś czas.
-Dziękuje
za troskę, ale serio. Chuj mnie obchodzisz. Nie chce być w tym więzieniu! Chce
żyć! Na wolności! Sam.
-Do
końca życia chcesz wieść takie spierdolone życie?
Uparta
jędza. Nie wypuści mnie. Teraz mnie czeka pranie mózgu. Cholera. A jak się
stanę jednym z tych szczęśliwych pojebów? Jezusie! To by było straszne. W końcu
to te wszystkie szczęśliwe pojeby zrobiły ze mnie zwierze, które kocha
samotność. W żadnym miejscu nie czuję, że jestem szczęśliwy. Mam plan. Zacznę
udawać, że przywykłem, aż w końcu dostanę przepustkę na to, by móc wyjść z
domu, a wtedy ucieknę.
-Dasz
mi coś do picia?
-Ciepłej
kawy?
-Nie,
czegoś mocniejszego.
-Coś
do jedzenia.
-Nie
wiem, jak chcesz to daj.
-No
i od razu lepiej, gdy się pogodziłeś z sytuacją.
Spierdalaj.
Długo mnie nie powięzisz.
-Ujrzę
jeszcze kiedyś światło dzienne? Czy zamkniesz mnie tu jak w jakimś
psychiatryku?
-Jeśli
będziesz grzeczny, to gdzieś wyjdziemy. Jeśli nauczysz się pozytywnie patrzeć
na świat, to wyjdziemy.
No
to teraz będę musiał zajebiście grać. Po latach z autora w aktora. Bezsens.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz