czwartek, 29 sierpnia 2013

Rozdział VII

     Nadszedł następny dzień, jest jasno. Leże twarzą do ściany i nie mam zamiaru się odwracać. Chce mi się płakać, bo straciłem swoją wolność. Nie widzę w tym miejscu mojej szarości, nie dostaje spokoju, nie czuje się samotny, to mnie boli. Nic. Chce mi się lać, muszę iść do kibla.
 -Nie odpuścisz mi co? Musisz nawet obserwować to jak śpię?
-Strasznie się rzucałeś w nocy. Krzyczałeś imię jakiejś kobiety, wyzywałeś ją od ździr. Ponoć ci ukradła cały majątek. Bałam się, dlatego siedzę tak tu przy tobie jakiś czas.
-Dziękuje za troskę, ale serio. Chuj mnie obchodzisz. Nie chce być w tym więzieniu! Chce żyć! Na wolności! Sam.
-Do końca życia chcesz wieść takie spierdolone życie?
     Uparta jędza. Nie wypuści mnie. Teraz mnie czeka pranie mózgu. Cholera. A jak się stanę jednym z tych szczęśliwych pojebów? Jezusie! To by było straszne. W końcu to te wszystkie szczęśliwe pojeby zrobiły ze mnie zwierze, które kocha samotność. W żadnym miejscu nie czuję, że jestem szczęśliwy. Mam plan. Zacznę udawać, że przywykłem, aż w końcu dostanę przepustkę na to, by móc wyjść z domu, a wtedy ucieknę.
 -Dasz mi coś do picia?
-Ciepłej kawy?
-Nie, czegoś mocniejszego.
-Coś do jedzenia.
-Nie wiem, jak chcesz to daj.
-No i od razu lepiej, gdy się pogodziłeś z sytuacją.
 Spierdalaj. Długo mnie nie powięzisz.
 -Ujrzę jeszcze kiedyś światło dzienne? Czy zamkniesz mnie tu jak w jakimś psychiatryku?
-Jeśli będziesz grzeczny, to gdzieś wyjdziemy. Jeśli nauczysz się pozytywnie patrzeć na świat, to wyjdziemy.
      No to teraz będę musiał zajebiście grać. Po latach z autora w aktora. Bezsens. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz