czwartek, 29 sierpnia 2013

Rozdział X

     Minął piąty miesiąc odkąd przy niej siedzę, a może odkąd ona siedzi przy mnie i się o mnie troszczy. W każdym razie szmat czasu, zdążyłem zmienić swoje spojrzenie na świat, z dnia na dzień stałem się kimś innym i chyba lepszym. A może sam po prostu stałem się szczęśliwym pojebem? Być może to zaraźliwe. Dalej potrafię być zimnym bydlakiem, który zawsze wie co powiedzieć i wie jak komuś dosrać. Nie mam pojęcia jak jej się udało tego dokonać, że mnie zmieniła. Nawet znowu zacząłem pisać, ponoć nie zgubiłem swojego talentu z tego co mówi Tamara. Może i świat nie jest taki pojebany jak myślałem… Czasami chyba faktycznie wystarczy po prostu uwierzyć, że coś się nie spieprzy. Jest dobrze, świat zrobił się kolorowy, ja szczęśliwy. Nie jestem pustelnikiem, dzikim zwierzęciem, to się zmieniło. Zawieram nowe znajomości z ludźmi, więc ta kobieta zrobiła mi takie pranie mózgu, że stałem się szczęśliwym pojebem, ale nie mam jej tego za złe. Jeszcze się pobierzemy. Szczęśliwe pojeby, co?






                                                    KONIEC

Rozdział IX

    Jestem w tej niewoli już trzy miesiące. Mam już całkowicie zryty beret. Bo chce poznać więcej ludzi takich jak Tamara. Nie chce samotności, powoli mnie brzydzi  i boli. Na dodatek nasza relacja zrobiła się całkiem bliska i chyba nie mógłbym uciec od niej tak po prostu. Na dodatek mieliśmy pierwszy pocałunek ze sobą. Moment. Właśnie coś sobie uświadomiłem! Ten pocałunek… Wszystko jasne! Ten sen… W tym baraku… Był dla mnie taki pojebany! Już wiem, skąd cały czas miałem przeczucie, że ją znam! Ale moment… Przecież ja w tym śnie byłem szczęśliwy. Teraz też wyglądam na szczęśliwego. Staje się jednym z nich! Kurwa! Nie! Nie może tak być! Nie! Nie zgadzam się na to! Muszę stąd spierdalać czym prędzej. Tyle że znowuż jak ucieknę, będę tęsknił za Tamarą? Co jest ważniejsze? Moje życie i nienawiść do świata, czy relacja z kobietą? Nie wiem. Nic już nie wiem. Mam zryty beret.

Rozdział VIII

     Siedzę tu już pierdolony tydzień, zaczynam wariować. Faktycznie robi mi pranie mózgu. Nie ma jej w domu i za nią tęsknie. To chore. Bo przecież ja tak nienawidzę ludzi! Jestem skurwielem, a musze grać czułą osobę. Mam dość. Idę spać.
     No w końcu ten słodki dźwięk otwierających się drzwi od tego zadupia! Jeszcze nigdy się tak nie cieszyłem z czyjegoś widoku. Czuje, że dzisiaj, to dzień w którym odzyskam swoją wolność!
 -Masz ochotę gdzieś wyjść? Siedzisz tu już tydzień, pewnie dostajesz do głowy. Wyjdziemy późnym wieczorem. Wiem jak nienawidzisz Słońca i ludzi.
-Dziękuje Tamaro. Bardzo miło z twojej strony.
 Bo się kurwa porzygam tym aktorstwem z mojej strony. Przynajmniej w końcu wyszedłem z tego domu. Pięknie! Ale nie ucieknę. Skuła moją i swoją dłoń kajdankami, więc nigdzie nie ucieknę. Po prostu świetnie! Czuje się prawdziwym zwierzęciem, które jest przypięte na smyczy. Kurwa. Marze o powrocie do domu i o śnie. Dwa tygodnie temu miałem takie piękne życie, samotne, brudne, puste. Teraz już nie jestem samotny, jestem czysty i coś się we mnie budzi, wciąż odczuwam ciepło wewnątrz siebie. Nie mam pojęcia co to jest, ale to mnie zmienia i nie cieszę się z tego powodu. Jakby jej terapia oswajała mnie do niej.
 W końcu wróciliśmy do domu…
 -I jak? Podobało ci się?
-Tak Tamaro. Zajebisty wieczór.
-Wyczuwam wielki sarkazm, ale to nic.
-Idę spać. Dobranoc.
-Nawzajem.
       Cholera. Chyba powoli przywykam do tego życia. Nie jestem już pewien czy ten mój wstręt do świata jest prawdziwy, czy go tylko sobie wciskam. Jakby nie patrzeć, to jest całkiem miło. To trochę dziwne, że postanowiła mi pomóc, ale chyba jestem jej wdzięczny, bo gdy patrzę w jej oczy coś we mnie wybucha. Ciekawe uczucie. Pierwszy raz je czuje, a patrzyłem w oczy wielu kobietom. Nawet przy stosunkach nie czułem tego uczucia. Nie wiem jak je nazwać.

Rozdział VII

     Nadszedł następny dzień, jest jasno. Leże twarzą do ściany i nie mam zamiaru się odwracać. Chce mi się płakać, bo straciłem swoją wolność. Nie widzę w tym miejscu mojej szarości, nie dostaje spokoju, nie czuje się samotny, to mnie boli. Nic. Chce mi się lać, muszę iść do kibla.
 -Nie odpuścisz mi co? Musisz nawet obserwować to jak śpię?
-Strasznie się rzucałeś w nocy. Krzyczałeś imię jakiejś kobiety, wyzywałeś ją od ździr. Ponoć ci ukradła cały majątek. Bałam się, dlatego siedzę tak tu przy tobie jakiś czas.
-Dziękuje za troskę, ale serio. Chuj mnie obchodzisz. Nie chce być w tym więzieniu! Chce żyć! Na wolności! Sam.
-Do końca życia chcesz wieść takie spierdolone życie?
     Uparta jędza. Nie wypuści mnie. Teraz mnie czeka pranie mózgu. Cholera. A jak się stanę jednym z tych szczęśliwych pojebów? Jezusie! To by było straszne. W końcu to te wszystkie szczęśliwe pojeby zrobiły ze mnie zwierze, które kocha samotność. W żadnym miejscu nie czuję, że jestem szczęśliwy. Mam plan. Zacznę udawać, że przywykłem, aż w końcu dostanę przepustkę na to, by móc wyjść z domu, a wtedy ucieknę.
 -Dasz mi coś do picia?
-Ciepłej kawy?
-Nie, czegoś mocniejszego.
-Coś do jedzenia.
-Nie wiem, jak chcesz to daj.
-No i od razu lepiej, gdy się pogodziłeś z sytuacją.
 Spierdalaj. Długo mnie nie powięzisz.
 -Ujrzę jeszcze kiedyś światło dzienne? Czy zamkniesz mnie tu jak w jakimś psychiatryku?
-Jeśli będziesz grzeczny, to gdzieś wyjdziemy. Jeśli nauczysz się pozytywnie patrzeć na świat, to wyjdziemy.
      No to teraz będę musiał zajebiście grać. Po latach z autora w aktora. Bezsens. 

Rozdział VI

     Jezu! Jak byłem na fazie, to miejsce nie wyglądało tak źle, ale teraz to istne piekło! Jak tu jest czysto! Pachnie… Musze stąd wiać! Jest poranek. 10.00. Nie powinno już jej być w domu. Powinna być w pracy. Szybko do drzwi, zamknięte. Niech to szlag. Gdzie ja mam swoje zabawki, do penetrowania zamków? O! Mam. Delikatnie, powoli, jakby…
 -Myśli pan, że ucieknie?
-Aaa! Kurwa! Co ty tu robisz?
-Mieszkam.
-Powinnaś być w pracy, a ja powinienem sobie stąd bez przeszkód uciec.
-Wzięłam wolne.
-Niech cie szlag kobieto. Jestem zwierzęciem. Nienawidzę ludzi.
-To dlaczego mi jeszcze nic nie zrobiłeś?
 Kurwa. Dobre pytanie. Dlaczego ja jej nic jeszcze nie zrobiłem? Dlaczego nie chce jej nic zrobić. Przecież tu chodzi o moją wolność. Jestem zamknięty jak jakieś zwierze w klatce.
-Pora się doprowadzić do ładu, tam jest łazienka.
-Nie! Nie ma mowy! Odpierdol się ode mnie!
-Nie chce pan po dobroci, trudno.
      No i świetnie dostałem takim sierpowym w twarz, że nawet nie wiem kiedy znalazłem się w wannie wypełnioną wodą i przykuty kajdankami do kranu. Na dodatek zdążyła mnie ogolić. Kurwa! Mój zarost! To przez niego byłem taki nierozpoznawalny! Co za suka! Ździra! Kurwa mać! Pierdolone śmietniki, że też musiałem ją spotkać. Dlaczego po prostu nie zrzygałem się na nią? Od razu powinna sobie odpuścić.
 -O! Wreszcie się pan ocknął.
-Czego ty ode mnie chcesz?! Dlaczego się nade mną znęcasz? Co ja ci do chuja pana zrobiłem?
-Kilkanaście lat temu wydał pan książkę, od razu pana rozpoznałam, wtedy w tym śmietniku, stąd ten wrzask, bo nigdy bym nie powiedziała, że człowiek, który miał tak świetne życie, z dnia na dzień je sobie spieprzył.
-I co, teraz będziesz mnie trzymać w niewoli? Jak jakiegoś czarnucha? Będziesz mnie gwałcić ze względu na moją sławę?
-Hahaha! Coś w tym stylu.
-Pomocy! POMOCY!
-Nie usłyszą cie.
 Zajebiście. Trafiłem na jakąś psychofankę, na dodatek jest pierdolonym stróżem kurewskiego prawa. No po prostu cudownie.
 -Masz chociaż moje ciuchy?
-Nie.
-To mam ci baraszkować nago po twoim mieszkaniu?! Ja pierdole. Nie powinnaś się leczyć?
-Daj mi dokończyć. Mam dla ciebie nowe ubrania, żebyś wyglądał jak człowiek, a nie jak potwór.
-Może ja chce być potworem!
-A masz 12 lat?
-Nie.
-To się nie pobawimy w przebieranki.
-A wypuścisz mnie chociaż z tej wanny?
     Ja pierdole, ale się popierdoliło. Ta kobieta jest chyba największym szczęśliwym pojebem jakiego widziałem. Więzi mnie, chce o mnie zadbać. Co jest do cholery?! Ciekawe jak długo to jeszcze potrwa. To chore. Chce wolności! Muszę stąd uciec! Ale do chuja pana gdzie nie usiądę jestem przykuty kajdankami. Nienawidzę tych wszystkich pierdolonych ludzi! Ale do niej nie czuje wstrętu. A powinienem. Coś tu jest nie tak. Muszę milczeć, nie mogę się do niej odzywać. Może sobie odpuści i w końcu mnie wypuści na wolność? Tak, to dobry plan.

Rozdział V

      Co tak mi świeci po twarzy? Co to za wrzask?! Jezu… Zachciało się im śmieci wyrzucać.
-Czego się tak wydzierasz? To tylko ja.
-Wystraszył mnie pan!
-Oj! Nie miałem takiego zamiaru. Miałem sobie kimnąć na chwilkę, jak widać przespałem trochę za dużo.
-Fuuuuj! Myślałam że to ze śmietnika tak śmierdzi.
-Każdy ma swój aromat paniusiu. Niektórzy śmierdzą wewnątrz, a są czyści na zewnątrz, a niektórzy śmierdzą na zewnątrz, a są czyści wewnątrz.
 Dlaczego ja z nią w ogóle rozmawiam? Dlaczego w ogóle nie czułem obrzydzenia, gdy słyszałem jej głos? Co się ze mną dzieje? Powinienem jej czymś dojebać, powinienem ją obrazić, przecież jestem zimnym człowiekiem, samotnikiem, a z nią… Rozmawiałem, tak jak ze samym sobą. Na dodatek jest ładna. Kurwa! Co jest z tobą nie tak chłopie?! Przecież nienawidzisz świata, nie wierzysz w wyjątki.
 -Może chce pan się przespać w moim domu? A przy okazji skorzystać z prysznica…
-Tak! Nie! Kurwa! Nie, a może tak. Nie! Muszę iść.
-Ale proszę pana! Chwila!
      Muszę spierdalać, muszę spierdalać, kurwa. Chyba jednak mnie pojebało! Dlaczego wybiegła za mną? O co jej mogło chodzić? Nie wiem. To było dziwne, bo czułem się tak jakbym już gdzieś ją widział, jakbym już z nią rozmawiał. Ysz. Chyba muszę wypić tą wódkę, zrobi mi się lepiej.
 Troszkę mnie chwyciło. Gorąco mi. No tak. Słońce równa się upał. Muszę sobie znaleźć miejsce, gdzie spalę trochę tej trawki. Kusi mnie i kusi.
 W sumie, to chyba wiem o co jej mogło chodzić, przecież w dawnej przeszłości wydałem książkę, przyjęła się u ludzi, dostałem za nią sporo szmalu, ale szybko go straciłem… Może mnie rozpoznała?  Przecież było o tym głośno, o mnie było głośno, ale w sumie to było dawno temu. Miałem spore branie u kobiet, ale i tak nie byłem szczęśliwy, wkurwiało mnie moje życie. Od wszystkiego chciałem trzymać się z dala, aż w końcu byłem ponad wszystkim. Nie płaciłem rachunków, podatków, zabrali mi dom, to teraz się pałętam gdzieś po tym mieście i jest mi całkiem dobrze. Nie ma takiego zgiełku wokół mnie, nikt nie chce zwracać na mnie uwagi. To bardzo dobrze. Oł! To miejsce wydaję się całkiem dobre, żeby sobie przykopcić. Ładny widok, pustkowie. Posiedzę tu sobie jakiś czas.
 He He He! No to sobie przykopciłem, He He. Zapale sobie papieroska i zaraz się stąd zwijam.
 -Dzień dobry panu!
 Zaraz! To ten głos! Ten sam, który słyszałem dzisiaj rano! Nie! To nie może być ona! A jednak.. Osz ty w pizdę!
 -Co? Pani też jest jednym z niebieskich aniołów stróżów tego miasta?
-Owszem.
-Pięknie. Znowu mnie zwiniecie? Za co tym razem?
-Cóż… To jest przedszkole.
-Że co?! Przecież tu jest totalne pustkowie! Niczego i nikogo tu nie ma!
-Ale w tym budynku są dzieci, które się pana boją i z tego powodu nie chcą opuszczać budynku. Poza tym strasznie od pana ciągnie alkoholem i trawkę też się paliło co? Proszę wstać, muszę pana przeszukać.
 Co jest do cholery?! Dlaczego wstaje?! Dlaczego nie powiedziałem jej spierdalaj ździro? Dlaczego pozwalam się dotykać? Dlaczego potrafię z nią rozmawiać normalnie? Tak ciepło, jak te wszystkie szczęśliwe pojeby tego miasta. Zaczynam się bać samego siebie.
-Co my tu mamy? Przecież tu jest z 500 gram marihuany. Dawid skuj go i wsadź do radiowozu.
 Ja pierdole. Nie. Nie. To zły sen! To zły sen! To się nie dzieje naprawdę, czemu nie stawiam oporu? Dlaczego nie czuję się na siłach, żeby uciekać? Aż tak się upaliłem? Nie no, wątpię. Znowu skuty w bat mobilu z Batmanem i Robinem. Świetnie!
 -To co? Jedziemy do bazy Tamaro?
-Nie, zawieź mnie do domu.
-Z nim?!
-Tak z nim.
-Postradałaś zmysły?
-Dawid, proszę. Znam tego człowieka.
-To zwierze? Skąd niby? Przecież od lat jest pustelnikiem, każdy glina go nienawidzi, a ty chcesz go zabrać ze sobą?!
-Tak. Kilkanaście lat temu wydał książkę. Zajebistą książkę. Czekałam na to aż wyda kolejną, ale się nie doczekałam. Raz spotkałam go dzisiaj rano, w moim śmietniku.
-W twoim śmietniku?! Hahaha!
-No tak! W moim śmietniku! I teraz pod tym przedszkolem, mam takie przeczucie wewnątrz, że muszę o niego zadbać.
-I myślisz, że człowiek który nienawidzi świata, będzie chciał zostać przy tobie, w twoim mieszkaniu?
-Tak.
-Ucieknie. Prędzej czy później.
-To go znajdę.
-Zwariowałaś.
-Po prostu mnie zawieź do domu!
-Okej, okej.
 Chwila moment. Dlaczego mnie nie prowadzą na posterunek? Gdzie jest posterunek?! Przecież to jest miejsce, gdzie dzisiaj spałem w śmietniku. Co do chuja?
 -Gdzie wy mnie prowadzicie?!
-Ćśśś… Spokojnie. Nic ci nie zrobimy, chce ci pomóc.
-Pomóc? Mi.
-Tak. Panu.
      Ja pierdole. Niezłe szambo. A ja nawet nie mam siły uciekać. Muszę przeczekać do następnego dnia.

Rozdział IV

     Jak miło być wolnym, samotnym. Brak jazgotu żony, nie muszę słuchać poleceń szefa, żyje swoim pięknym życiem. Niektórzy nazwą je szarym, powiedzą że kocham się z nicością, że mam w dupie cały świat. Faktycznie tak jest i mam głęboko w dupie to co o mnie myślą. Ważne co ja myślę o sobie. W końcu oni widzą tylko okładkę, ale to ja wiem jaką wartość noszę, jestem za bogaty dla tego świata. Szkoda tylko, że te barany tego nie dostrzegały. Dlatego dziś jestem pustelnikiem, którego nie obchodzi moje imię i nazwisko. Jest mi całkiem dobrze, ale nie… Nie jestem szczęśliwy, co to, to nie. Nie jestem jak ta reszta ludzi w tym mieście. Drzewowice… Nie mam pojęcia, kto tak nazwał to miasto, ale to z pewnością był kompletny idiota! 
     Śmietnik… Sprawdzę go, może znajdę coś do picia. Niestety nic nie ma. Chwila! A co to spadło? Co to za paczka? Dosyć ciężka, może ma z pół kilo. Sztachnę się. ŁO JEZU! Ale zajechało ziołem! Wezmę to sobie.
 -E joł! Ty! Przybłęda! Zostaw tą paczkę
 Oho… Chyba czas spierdalać najszybciej jak tylko umiem. Gonili za mną może z 7 przecznic. Cioty. Chyba im pompki wysiadły. Kto by pomyślał, że mam jeszcze taką kondycję? O proszę! Sklep! Chyba czas się włamać. Strasznie mnie suszy. Delikatnie włożyć w dziurkę, zupełnie tak jak kutasa w cipkę, każdy zamek to dziewica, nie można tego spierdolić… Bah! Otwarte, jestem jebanym mistrzem! Weźmy sobie coś do picia, woda, ta połówka też styknie, może jakiś prowiant? Czemu by nie, zaszalejmy! W końcu rozdają za darmo.  Czas wychodzić. O kurwa! Ktoś tam idzie! Ja pierdolę! To te cioty! Muszę się schować.
 -Mówiłem ci, że chowanie trawy pod śmietnik to zły pomysł
-Oh zamknij pysk. Skąd miałem wiedzieć, że jakiś lamus będzie grzebał w śmietniku?
-Stary! Wiesz ile hajsu poszło w pizdu przez twoją lekkomyślność?!
-Moją lekkomyślność?! Sam kurwa mogłeś wymyślić coś lepszego!
-Mogłem! Ale to Ty się uparłeś żeby to kitrać.
-Ja pierdolę… Nie wierzę, że nam uciekł. Zapierdalał jak olimpijczyk.
-No. Strasznie się ździwiłem. Jakoś odrobimy ten towar. Musimy.
 Chyba już przeszli… He He! Debile! To teraz po cichutku sobie wyjdę, ale najpierw wezmę jeszcze papierosy, zapalniczkę i poszukam jakiś lufek. Wszystko jest. Jak miło! No to wychodzę. Nic tu po mnie. Delikatnie zamykam drzwi. Idę w całkiem drugą stronę niż tamte cioty. Kurwa! Kopnąłem puszkę, co za hałas! Teraz na pewno zwróciłem na siebie uwagę.
 -Patrz, to ten skurwiel co nam zajebał towar
-To go kurwa goń, a nie stoisz jak wryty, Bóg ci się nie objawił! Ruszaj dupsko! Musimy go dopaść!
     No pięknie. Jestem w dupie. Trzeba spieprzać. Znowu. Nie mam siły. Schowam się do śmietnika. Te półgłówki nie wpadną na to, że mogłem się tam ukryć. Usłyszałem tylko tupot dwóch osób, które zwalniały swój bieg. Ucichło. No. Na całe szczęście. Lepiej się tu kimnę jakiś czas, a potem stąd pójdę.

Rozdział III

     W końcu zapadła noc. Zgłodniałem. Pora pójść do jakiejś restauracji. Hm. Pizzeria wydaję się całkiem dobrym miejscem na posiłek. Ciekawe co tam dobrego dla mnie przygotowali. Zaglądnijmy sobie do tego śmietnika. Ło matko! Pół kartonu pizzy! Na dodatek sporych rozmiarów! Aż chyba uwierzę w Boga. Ha ha! Nie, jeszcze nie zwariowałem. Może znajdę coś do zapitki? Miło by było. O proszę! Cały winiacz. Słodko. Będzie prawdziwa uczta! Nie ma co! Dobry dzień!
      Tak się najadłem, że ciężko się ruszyć, ale pora wyruszyć w podróż. Miasto jest duże, a ja nie zwiedziłem jeszcze całego. Kryje się w nim mnóstwo skarbów, zawsze jakiś ładny przedmiot można znaleźć. Jak ten zegarek. Co prawda ma pękniętą szybkę, ale mniejsza o to. Ważne, że chodzi i pasuje na mój nadgarstek. TO JEST BARDZO UDANY DZIEŃ!
 -Zamknij się patafianie! Ja tu próbuje spać!
-Sam się zamknij palancie! Inni też próbują spać!
-Fiut!
 Ja pierdole. Kolejny człowieczek, który goni za szczęściem.. Potrzeba mu snu, ja go zagłuszam i wielce na marudzenie mu się zebrało. Debil. No nic. Idę dalej. Znajdę jakieś miejsce na nocleg. Padam z nóg. Cudowny dzień, ale przyniósł mi sporo zmęczenia. Ten opuszczony barak wydaję się całkiem dobrym miejscem na sen. Zajrzyjmy… ŁAŁ! Nawet jest materac, to naprawdę zajebiście udany dzień. Pora spać.
 Która to godzina? Eh 19. Jeszcze wczesna pora. Pomyślę trochę nad moim snem. Bo był za mocno pojebany. Jakim cudem byłem jednym z tych szczęśliwych pojebów? Miałem kobietę, dom, kochaliśmy się, a przecież związki powodują u mnie mdłości. Bliskość i szczęście to dla mnie koszmar! Może to był tylko zły sen, który nigdy się nie spełni? W sumie miałem za dużo kontaktu z tymi idiotami, najpierw stróż jebanego prawa, potem ta para, a na koniec ten debil co wrzeszczał przez okno. Za dużo kontaktu z ludźmi jak na jeden dzień. 
    Pora zjeść jakieś śniadanie. Gdzie by się tu udać, żeby znaleźć trochę żarcia… O! Mam pomysł! Niedaleko stąd jest kebab. Tam na pewno te szczęśliwe pojeby coś wyrzuciły. Tak jak myślałem, zawsze jakiś idiota nie dokończy jedzenia. W sumie to i dobrze, bo mam się czym najeść.

No nic. Smaczne było, ale w drogę. 

Rozdział II

      Super! 24 godziny w celi, by wytrzeźwieć. A potem mnie puszczą. Na chuj w ogóle mnie przymknęli? No tak… To ich praca, która nadaje im sensu do życia, przynosi pieniądze, przynosi radość, żyć kurwa i nie umierać.
 No! Nareszcie. Znowu jestem wolny. Tylko musieli mi zrobić na złość i wypuść akurat w godziny szczytu, gdzie każdy gdzieś goni, z tym pojebanym uśmiechem na pysku. Patrzą się na mnie, He He He! Wnoszę obrzydzenie na ich twarze, całkiem miło z ich strony. Mam nadzieję, że nie zobaczę żadnego związku, tych słodkich pocałunków i że nie będę słyszał tych wszystkich pierdół, które non stop występują w związkach, bo inaczej się porzygam. To będzie trudne nie trafić na coś takiego. W końcu muszę przejść pół jebanego miasta do miejsca, w którym  niebieski anioł stróż tego miasta mnie zwinął.
     Już daleko za centrum, już jestem całkiem blisko tego miejsca. Jacyś ludzie siedzą przede mną na ławce, odwróceni plecami do mnie. Mam nadzieję, że to nie jest para. To nie jest para! Nie! Zabieraj tą rękę! Nie zbliżajcie się swoich głów. Nie! Nie całujcie się! Kurwa. Zrobili to. Tylko nic nie mów chłopie jak to ją kochasz, a Ty mu nie odpowiadaj jak to odwzajemniasz… Niech to szlag! Zrobili to. O w dupę! Nie dobrze mi, chyba się porzygam. (Bueeeh)
 -Co jest kurwa z tobą nie tak koleś?!
-Ten wasz romantyzm doprowadził mnie do mdłości.
-Coś ci nie pasuje brudasie?
-Owszem pizdusiu. Twoja radość powoduje, że chciałbym się zrzygać na ciebie po raz drugi, a złość i chęć pobicia mnie sprawia, że mój kutas chowa się w moją dupę.
-O ty skurwysynu!
 Nie wiem co on sobie myśli. Ruszył na mnie z pięściami, jakby miał nadzieję, że mnie poskłada. Niestety troszkę się przeliczył. Szkoda mi chłopaka, bo nawet nie wie kiedy to się stało, że nagle leży na chodniku, jęczy z bólu i nie wie co się dzieje.
 -Dzwonię na policję!
-Myślisz, że ci niebiescy aniołowie przyjadą na czas? Ha Ha Ha! Lepiej zadzwoń na pogotowie, nie prędko się pozbiera, paniusiu.
-Wypierdalaj!
-Łoj! Z całym szacunkiem zaraz to zrobię, ale najpierw zacznij trzymać język za tymi krzywymi zębami, bo jeśli wyjdę z siebie, to ci je wyprostuje.
 A chuj by to strzelił. Dlatego wole spacerować nocami. Wszędzie te szczęśliwe pojeby. Co za ludzie… Jak ja ich nienawidzę.
        W końcu dotarłem na miejsce. Mam nadzieję, że jeszcze są tu moje buble… Gdzie ja je schowałem? A! No tak! Za tym krzakiem. Oj jak miło nie nikt mi tego nie rąbnął.

Rozdział I

      Szlajam się gdzieś po tym świecie, szarym świecie. Otacza mnie bezsens. Można porównać mnie do pustelnika, wciąż idę gdzieś przed siebie. Nienawidzę ludzi, a może po prostu nienawidzę ich szczęścia. Nie wiem, ale jestem pewien tego, że nie mam domu, nie mam pracy, jestem dzikusem, który ma przy sobie jakiś popieprzony dokument, który mówi jak się nazywam, jaki mam kolor oczu, gdzie kiedyś mieszkałem, kiedy się urodziłem i są w nim zapisane imiona moich rodziców. Nie wiem po co mi on. Nie mam imienia, nazwiska, nie mam znajomych, rodziny,  jestem zwierzęciem zdanym tylko na siebie, na swoją szarość w której przebywam. Nienawidzę Słońca, dlatego szlajam się po nocach, przynajmniej o tej porze nie widzę tych wszystkich szczęśliwych pojebów, którym wszystko się układa i mają nadzieję, że to wszystko już zostanie na wieki. Debile.  Nie mam pieniędzy, to oczywiste… Mimo tego jestem bogaty we własny spryt, umiem sobie poradzić, umiem przetrwać. Nie potrzebuje niczyjej troski i nie siedzę z głupią tabliczką prosząc o kilka złotych na chleb. Aż tak popierdolony nie jestem, żeby brać pieniądze od tych wszystkich szczęśliwych ludzi. 
      Zbliża się poranek, pora pójść spać. Mam doskonałe miejsce na sen, na wzgórzu, mam widok na miasto, jest piękne, szczególnie gdy panuje w nim pustka, jest takie… Takie jak ja, bez życia, puste, szare, brudne, to takie piękne.  Jestem pewien, że nikt tędy nie przejdzie, to brudna, paskudna okolica, więc żaden szczęśliwy idiota nie powinien mi przerwać snu.
 -Halo! Proszę pana! Wszystko w porządku? Dobrze się pan czuje?
-Nie widzisz, że śpię? Jesteś kurwa ślepy, czy co? Zajebiście… Tylko funkcjonariusza mi brakowało. Pan pierdolony stróż prawa.
- Ma pan jakiś problem?
-Tak, obudziłeś mnie przygłupie.
-Uh! Śmierdzi jak z gorzelni. Pójdzie pan ze mną do radiowozu.
-Chyba cie synku jaja gniotą.
 Skurwysyn. Zaczął mną szarpać, zakuł w kajdanki i wsadził mnie do jego pierdolonego batmobilu. Pojeb. Teraz będzie mnie wiózł przez ten chaos, znowu gdzie nie spojrzę zobaczę jak każdy goni za swoim szczęściem. Uf.. Przynajmniej jeszcze nie zamierza ruszyć. Może coś wykombinuje i ucieknę…
 -Ma pan jakiś dokument tożsamości?
-Tsa. Mam. W przedniej kieszeni, ale skułeś moje ręce za plecami, więc Ci go nie dam.
-Lewa czy prawa?
-Zamierzasz mnie macać? Świetnie! Nie dość, że mnie obudził, to jeszcze trafiłem na geja!
-Jeśli zaraz nie zmienisz tonu, wyciągnę cie z tego siedzenia i spuszczę ci wpierdol, żebyś nabrał odrobiny szacunku.
-W dupę sobie wsadź ten szacunek i swoje ręce. Policjant powinien trzymać się prawa, a z tego co powinieneś zauważyć nie stawiam oporu, więc z tym biciem mnie ci trochę nie wyjdzie synku.
-Nie jestem twoim synkiem.
-Dobrze. To zacznę ci mówić pedałku. Co ty na to?
-Przegiąłeś
      Wyciągnął mnie z radiowozu, kopał jak psa, na dodatek skutego psa. Obmacał mnie, wyciągnął dokument sprawdził moje dane. Frajer teraz zawiezie mnie na posterunek i powie, że stawiałem opór. Pierdolony kłamca.